środa, 28 sierpnia 2013

Małe zakupy sierpniowe

Cześć!

Sierpień się kończy, niedługo nadejdzie czas by prezentować (niewielkie) wakacyjne DENKO ale zanim, to chciałam pokazać Wam szybciutko zakupy poczynione ostatnimi czasy. Nie jest to żaden duży HAUL, ale kilka produktów wartych pokazania. Co więcej, musicie się z nimi zapoznać, żebym mogła przedstawić post, który jest w trakcie przygotowania ;)

Zacznijmy od czegoś do włosów :)
  1. Jedwab na końcówki Green Pharmacy - naczytałam się bardzo dużo pozytywnych opinii o nim a potrzebowałam czegoś do zastąpienia mojego jedwabiu Marion, który (nie)stety zawiera proteiny jedwabiu. Te powyższe dodatkowo wysuszają (przeproteinowują) moje końcówki. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona składem w którym znajdziemy po za silikonami wiele olejów i ekstrakt z aloesu!
  2. Gliss Kur, Ultimate Oil Elixir ekspresowa odżywka - potrzebowałam jakiegoś psikacza do włosów z silikonami. Ten skusił mnie dobrymi ocenami na KWC oraz olejkiem arganowym i hydrolizowaną kreatyną wysoko w składzie. Co prawda marzy mi się TA odżywka Gliss Kura, ale jeszcze nigdy się na nią nie natknęłam. Powyższa jest podobno dobrym jej zamiennikiem.
  3. BabyDream, Shampoo - czyli totalny klasyk w mojej pielęgnacji, uzupełnienie zapasu.
Coś na buzię:
  1. SkinFood, Mushroom BB Cream - niedługo dobije dna mój różowy Skin79 (hiperłącze odsyła do recenzji), więc naturalnym krokiem było zakupienie nowego bebiszona. Zdecydowałam się za zachwalany na blogach grzybkowy SkinFood. Nie mogłam się powstrzymać, otworzyłam i... CHYBA ZNALAZŁAM SWÓJ IDEAŁ. Ale więcej o tym więcej po dłuższym testowaniu.
  1. La Roche-Posay, woda termalna - tego produktu chyba nie trzeba przedstawiać? :)
  2. La Roche-Posay, Eau Moussante Physiologique czyli fizjologiczna pianka oczyszczająca - dostałam w prezencie i zupełnie nie znam tego produktu. Nie używam tego typu pianek do mycia twarzy, nie mniej jestem strasznie ciekawa jak i czy się sprawdzi.
To by było na tyle z moich zakupów ostatniego czasu. 
Znacie te produkty? Co o nich myślicie? A może jesteście równie ciekawe jak ja?

czwartek, 22 sierpnia 2013

Tak zaczyna się... LUSHomania


Cześć Kochane!

Na powyższym zdjęciu widzicie moje ostatnie (i zarazem pierwsze) zakupy z LUSHa. Nazwy są po hiszpańsku, bo tam po raz pierwszy stacjonarnie zetknęłam się z LUSHem. Nigdy wcześniej nie ciągnęło mnie do tego sklepu, a wystarczyło zobaczyć na żywo... 

Nie mniej mam dla was dzisiaj recenzję jednego z kultowych produktów LUSH czyli czyścik Angels on Bare skin u mnie Piel de Angel.


 Wszystkie produkty LUSH'a są produkowane ręcznie a czyściki robione ze świeżych naturalnych składników, więc mają krótki okres przydatności - 3 miesiące. Moją 'roladkę' wyprodukowała Dana.

Słowo od producenta:

As gentle and beautiful as being kissed by angels
Sometimes the best ideas are the old ones. This cleanser is based on an age old formula that uses the best of ingredients to amazing effects.
Angels on Bare Skin evens out skin tone, reduces redness and improves the health and appearance of your skin – giving a natural healthy glow.
The ground almonds in this product release their goodness and turn to an almond milk on your hand when you add water.

Myślę, że ten krótki tekst nie wymaga tłumaczenia, czyścik powinien wyrównywać koloryt, likwidować zaczerwienienia oraz poprawiać wizualny wygląd naszej cery dodając jej naturalnego blasku.

Skład:

Ground Almonds, Glycerine, Kaolin, Water,Lavender Oil, Rose Absolute, Chamomile Blue Oil,Tagetes Oil, Benzoin Resinoid, Lavender Flowers,*Limonene, *Linalool 

Widzicie ten piękny skład? Cały na zielono? Mielone migdały, kaolina, olejek lawendowy, olejek rumiankowy, olej z aksamitki, kwiaty lawendy. Jedyne co może delikatnie psuć ten obraz to gliceryna z którą nie każda skóra się lubi.

Niestety czyścik nie wygląda już tak ładnie w opakowaniu jak na zdjęciu producenta, nie widać, że jest to pokrojona roladka. Ewentualnie można naciągnąć to co ukazuje się naszym oczom na pokruszoną roladkę. Przy odrobinie dobrej woli. Chociaż, nie. Nie oszukujmy się w ogóle AoBS nie wygląda zbyt apetycznie.

Ale za to pachnie... JAK to pachnie! Prawdziwa aromaterapia, raj dla zmysłów. Sama łapię się na tym, że zdarza mi się odkręcić pudełeczko tylko po to by poczuć TEN zapach. Nie jestem mistrzynią w opisywaniu zapachów, ale spróbuję. Mój nos wyczuwa... nutę lawendy (ale jak to przecież ja nie przepadam za lawendą!), lekko migdały, rumianek. Idąc w porównania... łąkę, poszycie lasu... gdzieś nad wodą.

 No dobrze, średnio wygląda, ładnie pachnie ale co dalej? Czy to wszystko co może zaoferować kosmetyk za ponad 6£?

No i właśnie, sama nie wiem. Trochę peelinguje, trochę myje, trochę to, trochę tamto. Jako zdzierak sprawdza się naprawdę świetnie w codziennej pielęgnacji, do demakijażu nie nadaje wcale. Po zmyciu podkładu/różu/pudru/tuszu micelem jak najbardziej, ale na pewno nie zastąpimy nim mleczka/płynu micelarnego/ żelu do demakijażu. Natomiast żel do MYCIA twarzy już tak, z dużym powodzeniem, a myślę, że i cera będzie wdzięczna. Stosowany samodzielnie, nawet kiedy nie używałam ŻADNYCH produktów do makijażu doprowadził do powstania kilku niespodzianek. Nie wiem czy wpływ na to miała gliceryna, czy może zbyt delikatne oczyszczanie buzi z kurzu i wszędobylskiego brudu. Efekt lepszego oczyszczenia uzyskamy zostawiając na chwilę produkt na twarzy. Nie mniej buzia posiadała naturalny glow (ale nie świeciła się!) oraz była cały czas optymalnie nawilżona, zdecydowanie likwiduje zaczerwienienia!

Słówko o aplikacji tego dziwadła. Na jednorazowe umycie buzi starczy nam połowa grudki widocznej na zdjęciach. Co czyni produkt niesamowicie wydajny. Sama sobie nie żałuję, a wiem że prędzej minie data ważności niż ja go zużyję :(
Podsumowując, czy polecam? TAK, TAK, TAK, aż samo się ciśnie na usta. Bo mimo, że są lepsze produkty do mycia twarzy, że moja cera woli np. mydełka Alepp, że... To kocham Angels on Bare Skin, za zapach i za to, że mycie twarzy stało się dla mnie przyjemnością, rytuałem na który czekam przez cały dzień.

Ale jeśli nie macie dostępu do LUSHa nie martwcie się i nie próbujcie dostać AoBS na siłę, bo ostrzegam, grozi uzależnieniem (chyba nieuleczalnym)!

Znacie AoBS? Co sądzicie o LUSHu i jego czyścikach?
Mnie się marzy jeszcze Aqua Marina i oczywiście Bush de Noel zimą!

środa, 21 sierpnia 2013

Czy profesjonalny kosmetyk do włosów może być dobry dla włosomaniaczki?

Cześć!

Pewnie duża część z Was włosomaniaczek zgodzi się ze mną, że świadomie nie sięgamy nigdy po profesjonalne kosmetyki do włosów. Zwykle napakowane są chemią i ciężko zmywalnymi silikonami wizualnie poprawiającymi stan włosa, przy czym blokującymi dostęp jakimkolwiek dobroczynnym składnikom. Poniższą maskę wygrałam w rozdaniu u Siulki. Postanowiłam zaryzykować i wypróbować. Czy produkt zawiódł mnie tak jak początkowo oczekiwałam? Czy też pozytywnie zaskoczył?

Podmiotem dzisiejszej recenzji jest Rueber Innouative Nutrient-Mask.


Obietnice producenta:

Odżywcza maska do włosów, bogata w aminokwasy. 
Nadaje włosom elastyczność, energię i blask.
Posiada silne działanie odbudowujące włosy suche, bardzo suche i o przesuszonych końcach.
Idealna dla włosów twardych, przedłużanych, do peruk. 
Jej kwaśne pH zapewnia ochronę wewnętrznej struktury włosów.
Odżywia i działa antystatycznie zapobiegając elektryzowaniu się włosów.

niestety nie udało mi się znaleźć ceny maski.

Skład:

Aqua, cetyl alcohol, glycerin, cetrimonium chloride, cetearyl alcohol, cetrimonium bromide, dimeticone copolyol, quaternium-80, perfum, panthenol, methylcloroisothiazolinone, methylisothiazolinone, eugenol

Po gamie całkiem przyjemnych składników, emolietnów, gliceryny i antystatyków znajdujemy średnio lubiane przez nas silikony i quaternium. Po zapachu jeszcze panthenol, ale zapewne w minimalnych ilościach.

Moja opinia:

Mam wrażenie że Nutrient-Mask jest bliźniaczo podobna do Kamille Wax recenzowanej przeze mnie TUTAJ. Porównując składy na pierwszy rzut oka Kamille wax jest bogatsza, ale większość dobroczynnych składników znajduję się po zapachu. Bazą obu masek są emolienty i antystatyki. Nutrient- Mask wygrywa u mnie tym, że zawiera glicerynę bardzo lubianą przez moje włosy oraz niwelujący elektryzowanie się włosów cetrimonium bromide.


Konsystencja również jest bardzo podobna do Kamille Wax. Wyraźnie glicerynowa, zwarta. Maska jest dość śliska, dlatego łatwo aplikuje się ją i wyraźnie czuć jak oblepia każdy włos. Czyni ją to bardzo wydajną.

Zapach jest niestety mocno chemiczny i kojarzy się właśnie z profesjonalnymi seriami kosmetyków do włosów, jest to niestety duży minus tego produktu. Na szczęście nie pozostaje na włosach po spłukaniu.

Muszę przyznać, że ta maska bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła swoim działaniem. Sprawdza się na moich włosach zarówno stosowana na 5 jak i 30minut. Dużo lepsze efekty daje po myciu,nie obciąża. Wygładza, nie puszy włosów, opanowuje elektryzowanie, loki są dociążone, odpowiednio nawilżone, a skręt jest dokładnie taki jak lubię. Zawartość silikonów czyni ją idealną na krótkie wyjazdy, kiedy ma się ograniczoną ilość miejsca w bagażu.

Odpowiadając na pytanie postawione w temacie, wbrew pozorom nie każdy profesjonalny kosmetyk do włosów musi okazać się bublem. Można też trafić na prawdziwe perełki mimo, że nie grzeszące składem, to dobrze wpływające na włosy.

Znacie produkty maski Rueber? Jaki macie stosunek do produktów profesjonalnych?

wtorek, 20 sierpnia 2013

Barbie Pink; Safari

Cześć Dziewczyny!

Pewnie część z Was zauważyła moją kilkudniową nieobecność na blogu. Wyjechałam na 5 dni do Zakopanego, ale już jestem i na razie nie planuję żadnych więcej wyjazdów.

Dzisiaj mam dla was recenzję lakieru od Safari oryginalnie nazwanego po prostu pink, jednak ja ochrzciłam go Barbie Pink bo z tą lalką kojarzy mi się odcień. 

Lato co prawda się kończy, ale czy to oznacza, że neony powinnyśmy odstawić za kilka dni, może nawet tygodni, na półkę, żeby wyczekiwały kolejnego sezonu? Ja z tym lakierem polubiłam się na tyle bardzo, że nie mam zamiaru z niego rezygnować!

Ale po kolei, lakier jest zamknięty w zgrabnej buteleczce, charakterystycznej dla tej firmy, mieszczącej aż 12ml produktu! Jest to na prawdę bardzo dużo. Pędzelek jest bardzo wygodny, okrągły, raczej z tych szerszych, dla mnie optymalny. Konsystencja również jest akurat, bardzo dobrze rozprowadza się ten lakier na płytce. Kryje po 2 warstwach i szybko wysycha. Na moich pazurkach wytrzymuje bez skazy 3 dni co jest całkiem dobrym wynikiem. Nawet nałożony bez bazy nie barwi płytki. Jedynym minusem jest brak połysku, lakier wysycha do 'pół matu'. Niektórzy lubią taki efekt, na szczęście sprawę można szybko załatwić topem.

O! Znalazłam jeszcze jedną wadę, lakier dosyć szybko gęstnieje w buteleczce. Niestety.

Podsumowując warto sięgnąć po lakiery firmy Safari, ponieważ za cenę kilku złotych (4? 5?) dostajemy na prawdę dobry produkt. Po raz kolejny polecam!

sobota, 10 sierpnia 2013

Aktualizacja włosowa, lipiec 2013

Cześć Dziewczyny!

Bałam się już, że znów nie uda mi się zrobić włosowej aktualizacji i być może nie będzie to dokładnie taki post jakiego się spodziewaliście. Oczywiście niżej widzicie porównanie stanu włosów, ale nie jest to żadne porównanie, ponieważ między zdjęciami są niecałe 20 dni różnicy, więc niewiele. Nie mniej, jak zwykle, zaprezentuję wam moją pielęgnację włosów w ubiegłym miesiącu.

Wybaczcie, ale piszę ten post drugi raz, ponieważ sam mi się skasował! Może nie być tak dopracowany jak miałam to w zamyśle.

Włosy wydają się bardziej nawilżone i na pewno skręt jest lepszy, większej różnicy nie zaobserwowałam ;)

Długość pasemka kontrolnego: ok. 48cm

Pielęgnacja przedstawiała się następująco:

  • Szampon Brawa Naturalna, żurawinowa - zawiera SLS, do oczyszczania
  • BabyDream, szampon i płyn do kąpieli - ten drugi nie załapał się już na fotkę, ponieważ opakowanie wcześniej powędrowało do kosza. Łagodne myjadło do codziennego mycia.
  • Ziaja, szampon lawendowy do włosów przetłuszczających się - moje włosy nie przepadają za szamponami Ziaji, jednak do kilku (2?) krotnego oczyszczenia włosów na wyjeździe był w zupełności wystarczający.


 Tołpa, maska / odżywka regenerująca - bardzo chciałam polubić się z tym produktem, niewiele z tego wyszło mimo moich starań. Nałożona po myciu obciąża z powodu dużej zawartości olejów, nawet nałożona od ucha w dół. Przed myciem ZA bardzo nawilża.
The Body Shop, odżywka bananowa - TUTAJ znajdziecie recenzje.
Balsam receptury Babuszki Agafii, blask i wzmocnienie - sprawił, że wciąż jestem oczarowana rosyjskimi kosmetykami i nie mam zamiaru z nich rezygnować. Moje włosy praktycznie po każdym nałożeniu tej odżywki wygłądały na prawdę dobrze!
Rueber, Innovative Nutrient Mask - odpowiednik Kamille Wax firmy Piomax, zarówno pod względem konsystencji jak i działania. Bardzo się polubiłyśmy!
Garner Ultra Doux, siła 4 roślin - wraz z koleżankami zabrałyśmy odżywkę na wyjazd, kilkukrotne użycie sprawiło, że mam ochotę na zakup własnego oapkowania. Bardzo lekka, nieobciążająca odżywka. Nada się zarówno do stosowania jako d/s oraz b/s.

  • BabyDream fur Mama, oliwka przeciw rozstępom - ulubiona mieszanka olejowa moich włosów, wiele razy o niej wspominałam

  • Alterra, olejek migdały i papaya - kosmetyk uniwersalny, o którym pisałam TUTAJ.


Marion, jedwab NaturaSilk - do zabezpieczania końcówek
Radical, balsam ziołowo—witaminowy - nie mogę go stosować po każdym myciu, ponieważ moje włosy buntują się od nadmiaru ziół, jednak uważam, że jest to na prawdę dobra odżywka bez spłukiwania.
Joanna, żel mrożący - do stylizacji.







Dajcie znać, czy jesteście szczególnie ciekawe któregoś produktu i chciałybyście usłyszeć o nim parę słów więcej! Jestem też ciekawa jak ocenicie stan moich włosów oraz ich pielęgnację w tym miesiącu!

czwartek, 8 sierpnia 2013

Pikantne pomarańcze serwowane przez L'Oreal

Cześć!

Pamiętacie jeszcze jak dosyć dawno wspominałam, że dosyć biernie poszukuję czerwieni idealnej? Nie ciągnie mnie jakoś specjalnie do buteleczek czerwonego lakieru, ale jedna wylądowała ostatnio w koszyczku. Kolor wydawał mi się idealny na lato, soczysta czerwień załamana trochę pomarańczowymi tonami. Czyli coś co lubię. A jak lakier sprawdził się na pazurkach? Czy mogę ogłosić poszukiwania zakończonymi?

Dzisiaj w roli głównej L'oreal Color Riche z numerkiem 304, Spicy Orange

Zacznę od buteleczki, która od razu skradła moje serce. Prosta, bez żadnych zbędnych naklejek, złota urocza zakrętka. Niewielka pojemność sprzyja zużyciu lakieru do końca,

L'oreal ma szeroki (ale nie za szeroki) pędzelek. W zasadzie mogę powiedzieć, że jest wprost idealny. Świetnie współgra z lejącą (ale nie za bardzo lejącą) konsystencją lakieru zmieniając aplikację w prawdziwą przyjemność. Malowanie paznokci staje się niemal dziecinnie proste.

Niestety, nie może być przecież tak pięknie, są plusy to muszą się pojawić także minusy. Pierwszym z nich jest koszmarne krycie, a raczej jego brak. Kryje dopiero po 3 warstwach, przy czym dalej prześwitują białe końcówki i można byłoby położyć 4 warstwę. Na szczęście lakier schnie szybko, nie bombluje, ani nie smuży. Kolejną wadą jest tragiczna trwałość tego lakieru, po 2 dniach już pojawiają się odpryski. Ale myślę, że może uda się to zwalczyć jakimś dobrym topem.
Łatwość aplikacji staje na szali z brakiem krycia i trwałości. Na moje nieszczęście jak już uda nam się zamalować ładnie całą płytkę to efekt wizualny jest przepiękny. Kolor jest śliczny, bardzo żywy, zupełnie w moim guście, płytka równiutka, a lakier bez topu lśni niesamowicie!

Mam ochotę na więcej, mimo tych wad. Słyszałam też, że ten kolor jest jednym ze słabiej kryjących L'oreal.

Znacie te lakiery? Lubicie? Jak wam się podoba moja pomarańczka?

środa, 7 sierpnia 2013

Wakacje, po wakacjach i małe zakupy; LUSH

Cześć Dziewczyny!

W ostatnim poście zapowiadałam swoją dwu tygodniową nieobecność. Co prawa, liczyłam, że uda mi się opublikować kilka postów, niestety w podróży szlag trafił laptopa i niewiele z tego wyszło. Ale teraz jestem i chciałam się pochwalić kilkoma (dosłownie!) fotkami z wakacji, oraz przed wakacyjnych (wygranych!) zawodów :)

W pierwszej kolejności zawody, które odbyły się w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Dla zainteresowanych wygrałam klasę N-7 z wynikiem 64%
Pozwoliłam sobie pożyczyć zdjęcie ze strony Łazienek na Facebooku





Palma de Mallorca jest niesamowicie spokojnym, bezpiecznym, ale na pewno nie cichym miejscem, a stare miasto zachwyca przepiękną architekturą. Życie nocne nie jest aż tak bujne jak mogłoby się wydawać i na co byłam przygotowana. Myślę, że jest to jedyne rozczarowanie tego wyjazdu. Mimo wszystko bawiłam się świetnie, wróciłam z ładną opalenizną i zdecydowanie szczęśliwsza oraz bogatsza o nowe pokłady cierpliwości :)

Ale kim bym była, jakby nie poczyniła chociaż maleńkich kosmetycznych zakupów? Szczególnie jeśli na Majorce mają sklep LUSHa i to w niewielkiej odległości od naszego mieszkania?

Kiedy weszłam do sklepu zaatakowało mnie multum zapachów tak intensywnych, że momentalnie dostałam bólu głowy. Chciałam wszystko na raz i zupełnie nie potrafiłam się zdecydować. Jednak zakupy poczyniłam bardzo niewielkie, bo wszystkie kosmetyki Lush'a mają stosunkowo krótką datę ważności i nie mogłabym ich zachomikować ;)

Piel de Angel to nic innego jak hiszpańska nazwa kultowego produktu Angels on Bare Skin. To był mój pierwszy wybór, sięgnęłam po pudełeczko bez zastanowienia.
Bubblegum czyli całkowicie jadalny cukrowy peeling do ust o przepięknym słodkim zapachu gumy balonowej.
Bardzo chciałam też przygarnąć R&B jednak jak wróciłam następnego dnia całkowicie zdecydowana by wydać na ten kosmetyk blisko 20 E, okazało się, że nie zostało ani jedno opakowanie. Miła ekspedientka poratowała mnie próbką, która ma starczyć na 1-2 tygodni używana. Na pewno podzielę się opinią.

Uff, udało wam się dotrwać do końca tego zdjęciowego postu tasiemca? Mam nadzieję, że Wam również udało się wyrwać na chwilę z miejskiej dżungli, szczególnie w te upały!

Jestem też ciekawa, co Wy byście wybrały z asortymentu Lusha, a może możecie mi polecić coś już przetestowanego?