niedziela, 28 października 2012

Zakupowy HAUL... międzynarodowy

Cześć! Już wróciłam do Polski i pierwsze co, to biegnę do was z moimi zakupami poczynionymi we Lwowie, w Polsce i... prezentami od mojego T., które przyjechały do mnie prosto z nad Morza Martwego. Brzmi znajomo?

Zacznijmy jednak od tego co kupiłam jeszcze przed wyjazdem. Wybrałam się specjalnie do Natury po pomadkę nude z limitki Wild Craft od Essence. Niestety zastałam pusty stand. Nie mogłam więc wyjść z pustymi rączkami. Do mojego koszyczka wpadło:

  1. Wazelina kosmetyczna do ust od FLOS LEK, przyzwoity skład, nieziemski waniliowy zapach. Czego chcieć więcej? Zakup jak najbardziej usprawiedliwiony, w końcu trzeba dbać bardziej o usta na zimę! Niestety pomadki ochronne gubię w tempie ekspresowym, bo nosze je w każdej torebce, przez przypadek wyrzucam, ale zwyczajnie mi gdzieś wypada.
  2. Jedwab do włosów Natura Silk od Marion. Wprowadzam silikony do pielęgnacji, a ten jedwab akurat był przeceniony i kosztował mnie... 3 zł. I tak, wiem, że jeszcze mam silikonowe rybki z Rossmana ;)
Teraz kosmetyki, które przywiozłam z Lwowa. Nie mogłam się im oprzeć!
Balsamy Receptury Babuszki Agafii były dostępne z małym stoisku kosmetycznym w galerii tuż koło mojego hotelu. Nie mogłam przejść obok nich obojętnie, szczególnie, że cena dwa razy niższa niż m.in. w sklepie Kalina. Wzięłam od razu dwa. Stwierdziłam, że wszystkie rodzaje, to byłaby już przesada ;) Niestety nie było masek, a miałam ogromną ochotę na maskę drożdżową. Ale innym razem ;)
  1. Balsam BLASK I WZMOCNIENIE
  2. Balsam, nie wiem jaki- uświadomicie mnie proszę? 
Przy wyborze kierowałam się tylko składami, bo niestety nie rozumiem z etykietek ani słowa :(

No i na końcu... Prezenty od T.. AHAVA w roli głównej :)
  1. zestaw intensywnie nawilżający a w nim miniaturka kremu, mleczka do demakijażu i pełnowymiarowy balsam do ciała.
  2. Mój absolutny faworyt w śród kremów do rąk. Zmienili trochę skład (na lepszy) oraz nutę zapachową. Wciąż jest zaplombowany, więc nie wiem jak pachnie. W teorii to zapach zielonej śliwki i drzewa sandałowego


Na dniach postaram się opublikować fotorelację z Lwowa i z wystawy. 

Czy z kosmetyków coś was wyjątkowo zainteresowało?


piątek, 26 października 2012

Tygodniowy Plan Pielęgnacji Włosów vol.7

Ten plan również ukazuje się automatycznie- z niewielkimi poprawkami robionymi w trakcie mojego wyjazdu. Także do rzeczy:


Sobota 20.10.12
-mycie: Isana z olejkiem z Babassu
-odżywka b/s: Joanna z apteczki babuni, mleko & miód
-stylizacja: żel mrożący Joanna
-suszenie: plunking a potem dyfuzor

Spostrzeżenia: Dzisiaj postawiłam na minimalizm, z braku czasu oczywiście. Bardzo głatko, trochę puchato. Z przodu ładnie, ale z tyłu niestety już nie aż tak. Skręt rozluźniony.
Niedziela 21.10.12- nic
Poniedziałek 22.10.12- nic
Wtorek 23.10.12
O: olej z nasion bawełny na ok. 3 godziny przed myciem na długość
peeling skóry głowy cukrowy z odźywką Alterra z granatem
M: Garnier Fructis, Czysty Blask (szampon z ALS)
O: Maska Gloria wzbokacona rybką olejową z Alterry i kapsułkami A+E na jakieś 30 min. pod czepek
odżywka b/s: Joanna z apteczki babuni, mleko & miód
suszenie: plunking i dyfozor
ochrona: kropla Jedwabiu Marion
na zdjęciu jeszcze wilgotne

Spostrzeżenia: skręt luźniejszy, ale tego można było się spodziewać skoro pominęłam punkt o stylizacji. Po za tym miękko, trochę za puchato, za lekko i drobnica straszna :( Za to skalp zadowolony z peelingu i włosy ładnie odbite od nasady. Z przodu wyglądają zadowalająco ;)

Środa 24.10.12 -NIC

Czwarek 25.10.12

-odzywka b/s: Serum witaminowo-ziolowe Radical

Spostrzezenia:: fajna odzywka b/s, czuje, ze sie polubimy, Ladnie ujazmia puch, nie obciazajac za bardzo wlosow. 

Piatek 26.10.12- NIC

przepraszam za brak polskich liter- Ukraina :(  



czwartek, 25 października 2012

Skąd tyle zachwytów? Nutrogena Handcreme


Cześć! Dzisiaj przynoszę wam recenzję kremu do rąk, którego trudno nie znać. Pojawiło się w blogosferze już dużo jego recenzji, ale i ja postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze. Jeżeli macię ochotę dowiedzieć się, jakie jest moje zdanie, zapraszam do lektury!

Neutrogena Handcreme


Opis producenta:
Krem do rąk, oparty na norweskiej recepturze. Przeznaczony szczególnie do suchej i spierzchniętej skóry rąk. Ma gęstą konsystencję. Naprawdę niewielka ilość powoduje, że skóra staje się gładsza, bardziej miękka, aksamitna w dotyku. Efekty widać już po pierwszym użyciu. Stosowany regularnie zdecydowanie poprawia stan suchej i popękanej skóry rąk.

Skład:
aqua, glycerin, cetearyl alcohol, stearic acid (emulgator, natłuszcza), sodium cetearyl sulfate (siarczan, sub. myjąca, mniej drażnący niż SLS), methylparaben, propylparaben, dilauryl thidipropionate, sodium sulfate, parfum

Skład nie jest jakiś spektakularny. Na początku zaraz po wodzie gliceryna, co do której mam mieszane uczucia. Zależnie od wilgotności może nawilżać, lub wręcz wysuszać. Potem emolient i w zasadzie koniec potencjalnie drogocennych składników. Na plus krótki skład, ale co z tego, skoro nie ma w nim niczego ani dobrego ani złego? Gdzie tu szukać nawilżenie dla suchej i popękanej skóry rąk.

Moja Opinia:

Opakowanie to zwykła tubka o pojemności 50ml. Dość trudno wydobyć z niej produkt pod koniec. Na plus mały otwór który pozwala nam precyzyjnie dozować ilość kremu. Konsystencja jest gęsta, taka mocna glicerynowa, jest bezbarwny ale mętny, jak wazelina. Kosmetyk jest raczej wydajny, co w tym wypadku oceniam na minus bo już bardzo długo staram się go wykończyć!


No i dlaczego nie polubiłam tego kremu. A to dlatego, że kompletnie nic nie robi z moimi dłońmi. Po 1. muszę użyć go naprawdę dużo, żeby poczuć, że faktycznie nałożyłam coś na skórę. Po 2. po nałożeniu pozostawia okropną lepką warstwę. Mam wrażenie, że dłonie są brudne i wszystko się do nich lepi! Fuj! Warstwa ta wchłania się dość długo, a nawet po jej wchłonięciu mam uczucie brudnych dłoni. Co do samego działania. Daje na chwilę uczucie zmiękczenia i nawilżenia, jednakże na dłuższą metę nie robi nic. A mam dłonie i skórki w bardzo dobrym stanie, i moja skóra w tej okolicy nie potrzebuję specjalnego traktowania. Ale skoro ten krem nie sprawdził się u mnie, to jak ma sobie poradzić se skórą suchą i popękaną? Jednym słowem, ja nie polecam.

A wy należycie do zwolenników, czy może do wrogów tego kosmetyku? Bo można go tylko albo kochać, albo nienawidzić.

środa, 24 października 2012

MNY nr. 447. Stare złoto?


Mam szczerą nadzieję, że ta recenzja doda się automatycznie w trakcie mojej nieobecności :) Dla tych co przeoczyli, we wtorek wyjechałam do Lwowa i w sensie fizycznym nie ma mnie do końca tygodnia!

Dzisiaj czas na recenzje lakieru, który wpadł do mojego koszyczka jakoś w sierpniu. Mowa o MNY nr. 447


Lakier zamknięty jest w buteleczce o kształcie walca i standardowej pojemności 7 ml. Kolor który mam to czarny z zatopionym złotym shimerem. Szczerze wam powiem, że na początku się bardzo na nim zawiodłam. Widząc taki piękny błysk w buteleczce, i tą ilość drobinek liczyłam na większy efekt błyszczenia. A niestety na paznokciach, bez bezpośredniego źródła światła jest on zwyczajnie czarny. Zyskuję dopiero w pełnym słońcu. Dobry będzie dla każdego, kto nie do końca może się przekonać do klasycznej czerni, bo jest dla niego np. za smutna.

 Pędzelek jest krótki- co wcale mi się nie podoba, wolę operować dłuższym i obawiam się troche, że może nie dosięgać do dna jeżeli kiedyś uda mi się wykończyć lekier- i okrągły. Jest raczej szeroki i sztywny, co stanowi pewien problem przy jego krótkości. Na prawdę jest to niewygodny pędzelek- oczywiście dla mnie, wy może wolicie te krótsze. 

Konsystencja jest normalna. Nie jest ani rzadki ani gęsty. Kryje już po pierwszej warstwie, jednak by uzyskać wlaściwy efekt potrzebne są dwie. Badzo szybko schnie, już w trakcie malowania drugiej dłoni paznokcie na pierwszej są suche! Nie bąbluje. Trwałość  również jest przyzwoita, po 3-4 dniach mam dopiero pościerane końcówki. Całkiem przyzwoity lakier, być może skuszę się na inne wersje kolorystyczne.

Czas na zdjęcia:






A jak Wam się podoba? 

poniedziałek, 22 października 2012

Amazońskie błotko od Wibo

Cześć. Dzisiaj czas na krótki wpis lakierowy. Chciałam wam zaprezentować jedną z niewielu zieleni co do których mogę się przekonać na paznokciach. Długo zastanawiałam się, czy to bardziej Amazońskie Mokradła, a może Shrakowe Szpony. W końcu jednak stanęło na określeniu błotka.

A mowa o Wibo z kolekcji Wonder Nails Amazing Amazone. Kolor ani numer mi nie znany.
Odcień to taka zgniła zieleń, kolor podmokłej trawy, glonów. Ciężko mi go określić. Może nazwy nie brzmią za ładnie, ale kolorek podoba mi się bardzo. Jest zgaszony, niekrzykliwy. Taki mój :) Ma kremowe wykończenie. Konsystencja jest akurat, nie zalewa skórek, ani się nie ciągnie. Kryje po 2 warstwach, a na upartego i po jednej grubszej. Pędzelek ma klasyczny, okrągły, miękki i gruby, czyli dokładnie taki jak lubię. Bardzo wygodny do malowania, dzięki kwadratowej, dobrze leżącej w dłoni zakrętce. W buteleczce, notabene małej i zgrabnej, mamy standardową ilość lakieru- 7ml. Schnie bardzo szybko, nie zostawia smug. Jego trwałość również jest bardzo dobra. Koło 4 dni bez odprysków. Bardzo się polubiliśmy i za tą cenę na prawdę warto spróbować. Myślę, że ja wrócę po inne wersje kolorystyczne :)

Zdjęcia:





A jak wam się podoba? Lubicie tą serię od Wibo?

niedziela, 21 października 2012

Trochę prywaty- czyli usprawiedliwienie mojej nieobecności.

Nie wiem czy odczuliście mój brak na blogu przez kilka dni, ale musicie wiedzieć, że ostatnie TTPW ukazało się na blogu automatycznie (z moim krótkim komentarzem napisanym na szybko w pierwszy dzień zawodów). Ja ostatnie trzy dni spędziłam wraz ze swoim koniem na zawodach wyjazdowych. Były to zawody ogólnopolskie a obok nich runda regionalna, którą jechałam ja. Koń się spisał, ja trochę mniej, ale wróciliśmy do domu wszyscy (raczej) zadowoleni. A dlatego, że wróciliśmy z tym:
Miejsce drugie :)

Co więcej, kilka następnych postów, też zapewne ukarze się automatycznie, bo tym razem wyjeżdżam do Lwowa na wystawę designu. Będziecie chciały jakiś krótki fotoreportaż? W każdym razie na blogu będę nieobecna raczej od wtorku do niedzieli. Napisałam kilka recenzji, postaram się dodać je w tym czasie także automatycznie, zobaczymy na ile mi się to uda.

To tyle ode mnie dzisiaj, lecę nadrabiać zaległości z ostatnich trzech dni.
Jeszcze jeden bonusik:

piątek, 19 października 2012

Tygodniowy Plan Pielęgnacji Włosów vol. 6

Padam na twarz po zawodach, nawet nie wyobrażacie sobie jaka to ciężka robota jest. Czuję się jakbym przekopała łopatą cały ogródek. Ale jest to zmęczenie przyjemne. Dobrze spełniony obowiązek ale i przyjemność. Czekają mnie jeszcze dwa takie dni. Na pewno podzielę się wynikiem :)

W tym tygodniu znów włosy umyłam tylko raz, chciałam wrócić do mojego mycia włosów 2 razy w tygodniu, środa i sobota/niedziela. Taki system odpowiada mi najbardziej i moim włosom też.


Sobota 13.10.12- nic

Niedziela 14.10.12
-wcierka: Joanna Rzepa kuracja wzmacniająca

Poniedziałek 15.10.12- nic

Wtorek 16.10.12
na noc:  na długość pod olej Joanna Naturia z lnem i rumiankiem, olej na długość i na skalp- z nasion bawełny

Środa 17.10.12
-mycie: Babydream fur mama, balsam do kąpieli
-odżywka d/s: Alterra Granat i Aloes, odżywka.
-odżywka b/s: Joanna z apteczki babuni; mleko, miód
-stylizacja: Joanna, żel mrożący
-suszenie: plunking i  dyfuzor
-wcierka: Joanna Rzepa, kuracja wzmacniająca

na zdjęciach włosy jeszcze wilgotne. Niestety jestem zmuszona wychodzić z wilgotnymi z domu, aby mogły choć trochę doschnąć samodzielnie!


Spostrzeżenia: bardzo miękko, puszyście. Całe włosy w korkociągi! Ogólnie szał, bardzo mi się podoboją. Żałuję że po plunkingu nie dołożyłam więcej żelu, żeby podbić skręt jeszcze bardziej!

Czwartek 18.10.12
-mgiełka: Gliss Kur, 12 składników aktywnych

Spostrzeżenia: po raz kolejny obserwuję fakt, że mgiełka zupełnie nie eliminuje mojego po nocnego puchu :(

Piątek 19.10.12- nic

środa, 17 października 2012

(mini)Rozdanie półurodzinkowe!

Jeżeli znacie Alicję z Krainy Czarów, znacie też termin "półurodzinek". Mój blog kończy 22. października 6 miesięcy.

Już 6 miesięcy jestem dla Was, piszę dla Was. Skrupulatnie recenzuję kosmetyki i dzielę się własnymi doświadczeniami. Ale co najważniejsze, od tego czasu jestem świadomą włosomaniaczką!

O rozdaniu wspominałam już jakiś czas temu. No jest! Nie jestem oczywiście mistrzynią photoshopa, więc wybaczcie półprofesjonalny baner. Ale jakie półurodzinki taki baner :)

obrazek możecie kopiować
Jak zdobyć losy?

  • bycie publicznym obserwatorem mojego bloga (warunek obowiązkowy) - 1los
  • umieszczenie banera w zakładce rozdaniowej- 1los
  • umieszczenie banera w notce (poście) na swoim blogu- 1 los
  • umieszczenie banera w pasku bocznym swojego bloga- 2 losy
  • zareklamowanie rozdania w inny sposób- 1 los
Jak widzicie można maksymalnie zdobyć 6 losów. Zwycięzce wylosuje maszyna losująca.

Nagrody:

-Jedwab do włosów CHI
-Olejek Łopianowy z czerwoną papryczką, Green Pharmacy
-Eliksir ziołowy do włosów wypadających, Green Pharmacy
- Lakier do paznokci, nr. 02 Out of the forest, Essence
-Lakier do paznokci, nr. C01 Red Butler, Catrice
-Cień do powiek, nr. 109 English Rose, Kobo

Wszystkie nagrody są nowe kupione zmyślą o tym rozdaniu, cień Kobo został jedynie zeswachowany.

Regulamin:
1. Konkurs trwa od 17.10.12 do 7.11.12
2. Warunkiem koniecznym wzięcia udziału w konkursie jest bycie publicznym obserwatorem bloga: arivle-bloguje.blogspot.com
3. Organizatorem i sponsorem rozdania jest autorka bloga arivle-bloguje.blogspot.com
4. Rozdanie jest przeprowadzone na zasadach określonych niniejszym regulaminem
5. W rozdaniu wygrywa 1 osoba
6. Dodatkowe losy są przyznawane za:
-umieszczenie banera do rozdania w zakładce rozdaniowej na swoim blogu - 1 los
-umieszczenie banera w notce na swoim blogu- 1 los
-mieszczenie banera w pasku bocznym swojego bloga- 2 losy
-zareklamowanie rozdania w inny sposób- 1 los
7. W skład nagrody wchodzą następujące kosmetyki:
-Jedwab do włosów CHI
-Olejek Łopianowy z czerwoną papryczką, Green Pharmacy
-Eliksir ziołowy do włosów wypadających, Green Pharmacy
- Lakier do paznokci, nr. 02 Out of the forest, Essence
-Lakier do paznokci, nr. C01 Red Butler, Catrice
-Cień do powiek, nr. 109 English Rose, Kobo
8. O wygranej zwycięzca zostanie poinformowany mailowo
9. Zgłoszenia są przyjmowane od 17.10.12 do 7.11.12. Zgłoszenia po tym terminie nie będą brane pod uwagę
10. Wyniki rozdania zostaną opublikowane na witrynie arivle-bloguje.blogspot.com w terminie do 7 dni od zakończenia przyjmowania zgłoszeń
11. Zamieszczając komentarz ze zgłoszeniem, uczestnik wyraża zgodę na akceptację niniejszego regulaminu oraz na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z Ustawą o Ochronie Danych Osobowych (Dz. U. Nr 133 pozycja 883)
12. Niniejszy regulamin obowiązuję od 17.10.12 do czasu zakończenia rozdania
13. Organizator zastrzega sobie prawo do wprowadzenia zmian w regulaminie w wyjątkowych sytuacjach
14. Ewentualne zażalenia i skargi proszę kierować na adres mailowy organizatora: arivle13890@gmail.com
15. Rozdanie nie podlega przepisom z Ustawy 29. lipca 1992r. o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami)

Formularz zgłoszeniowy:

Obserwuję jako:
Mail:
Zakładka: TAK/NIE (link do zakładki)
Notka: TAK/NIE (link do notki)
Pasek boczny: TAK/NIE (link do bloga)
Inna reklama: TAK/NIE (link)

wtorek, 16 października 2012

Cykl: Fryzury vol.2

Dzisiaj kolejna część cyklu o fryzurach. Jako, że znów musiałam przetrzymywać moje włosy bez mycia parę dni dłużej niż zwykle to pobawiłam się upięciami. Walczyłam z koczkiem, który pewnie każda z was zna, robi sama lub widziała m.in na stylowi.pl. Może i jego zrobienie nie należy do najbardziej skomplikowanych na świecie, ale ja jestem perfekcjonistką i wszystko musi być idealnie.

Udało mi się uzyskać efekt, który został nawet pochwalony przez moje koleżanki- niektóre bardziej zdolne manualnie niż ja :)

A mowa o:
pierwsze lepsze zdjęcie z internetu

Oczywiście u mnie nie wygląda to aż tak spektakularnie. Po pierwsze nie użyłam wypełniacza, bo aż tyle czasu do zabawy z włosami rano nie mam, po drugie dobieraniec 100 razy korzystniej wygląda na prostych idealnie gładkich włosach.

Ale czas na moją wersję:
podejście pierwsze

podejście drugie

Jak Wam się podoba? A może Wy próbowałyście zrobić coś takiego? Pochwalcie się efektami!

poniedziałek, 15 października 2012

Catrice, Hollywood's Fabulous 40ties, She's A Lady!

Dzisiaj o paletce, która ostatnio wpadła do mojego koszyczka wraz ze szminką z tej samej limitki. Mam ją dość krótko, ale chciałabym o niej napisać, ponieważ być może właśnie się zastanawiacie nad jej kupnem. Czy ta mini recenzja was zachęci, czy może zniechęci, zobaczymy. Zapraszam do czytania! A mowa oczywiście o Catrice, Hollywood's Fabulous 40ties, She's A Lady nr. C01

 Nie będę się rozwodzić co do opakowania, ładne, przezroczyste, raczej solidne. Z solidnym zamknięciem na zatrzask, z którym nawet trzeba się trochę posiłować. W każdym razie nie trzeba się obawiać, że nam się paletka otworzy i rozsypie w kosmetyczce


Na samym dole po lewej znajdziemy najciemniejszy z cieni, jest go 2,5 gr Jest to całkiem matowy brąz,  raczej chłodny odcień

Obok mamy 1,5 gr najjaśniejszego cienia w paletce, bardzo dobrze sprawdza się do rozświetlania oka, ma perłowo-satynowe wykończenie i wbrew pozorom chyba najlepszą pigmentację ze wszystkich.

W prawym górnym rogu mamy cień (2,5gr) na którym zależało mi najbardziej, a na którym najbardziej się zawiodłam. Ma perłowe wykończenie, jest odcieniem brudnego różu. Jednakże przy blendowaniu zupełnie znika z oka, winię za to dość słabą pigmentację. Z kolei moja mama jest nim zachwycona.

Ostatni z cieni w tej paletce ma 1,5gr, perłowy brąz trochę wpadający w szarość, trochę w oliwkę. Całkiem ładny kolor

I rodzinka w komplecie. Niestety cienie bez bazy odznaczają się stosunkowo słabą pigmentacją. Nawet te najciemniejsze, a w zasadzie- w szczególności te najciemniejsze są słabo napigmentowane. Za pomocą tej paletki z łatwością wyczarujemy delikatny, nieco romantyczny makijaż oka na codzień. Jednakże jeżeli liczycie na mocną pigmentację i krycie to możecie się bardzo zawieść. Nie wiem jak cienie zachowują się na bazie, bo aktualnie takowej nie posiadam, ale powinny kryć sporo lepiej. Plusem jest to, że jak już uda nam się nałożyć i zblendować wybraną ilość długo trzymają się na oku, nie zbierają w załamaniach, a jak już schodzą, to równomiernie nie tworząc nieestetycznych smug. Niestety też pylą i osypują się z pędzelka :(

No i swache:
Widać słabą pigmentację, niestety na zdjęciu zupełnie znikł mi perłowy beż, który jest wyjątkową perełką w tym secie!

Od lewej: beż, brudny róż, brąz/szary, brąz matowy

Ani nie polecam, ani nie odradzam. Co kto lubi i co się komu podoba. Moja mama jest zachwycona, ja mam mieszane uczucia. Używać będę, ale nie wiem czy z jakąś nadzwyczajną przyjemnością. Na większe wyjście makijaż można ożywić np. pomadką Catrice z tego posta.

A jak wam się podoba? Macie ochotę na ten set, a może już jest w waszych zbiorach? Jestem bardzo ciekawa waszych odczuć na jego temat!

niedziela, 14 października 2012

AHAVA, maseczka z błota z morza Martwego

Dawno nie było żadnej recenzji kosmetycznej- nie włosowej. No to dzisiaj przedstawiam wam maseczkę AHAVA Purifying Mud Mask. Już sporo pisałam o tych kosmetykach, jestem ich wielką fanką, niestety nie są dostępne w PL (a jak już, to za śmiesznie wysokie ceny), ale na terenie np. Niemiec wiem, że można je dostać.

 Opis Producenta:


Skład:

INC: Aqua, Kaolin (sub. ścierająca, o właściwościach myjących), Dead Sea Mud, Propylene Glycol(humektant), Ethylhexyl Palmitate (emolient), Glyceryl Stearate (emolient), Dead Sea Water, Cetearyl alc., Glycerin, Jojoba seed Oil, SLS, Zinc Oxide (m.in sub. matująca, filtr UV), Aloe Barbadebsis leaf Extract, Hamamelis Virginiana [Witch Hazel] Water (działanie przeciwbakteryjne), Horsetail Extract (wyciąg ze skrzypu polnego), Panthenol (vit. B5), Matricaria Extract (ekstrakt z rumianku), Ceteareth-30 (sub. myjąca), Sodium Lactate (sub. silnie nawilżająca), PARABENY, PEG-40 Stearate, Allantoin, Lactic Acid, Dimeticone, Xantan Gum, Trisclosan, Sodium Methylparaben, Sorbitan Tristearate.

Dobre składniki, złe składniki, mogą być.
Jak widzicie skład bardzo dobry, pełny drogocennych esktraktów, już na trzecim miejscu tytułowe błotko z morza martwego, potem emolienty, oleje, nawet sub. matująca. Niestety znajdziemy też SLS, ale w tak silnie nawilżającym i pełnym ekstraktów otoczeniu, myślę, że nie ma co go demonizować, pomaga wniknąć składnikom w głąb skóry. Pod koniec składu znajdziemy też parabeny, ale przypominam, że są to na dzień dzisiejszy najlepiej przebadane konserwanty, wiec nie ma się co ich obawiać.

Moja opinia:

Wyjątkowo nie będę oceniać opakowania, ponieważ ja miałam dwie miniaturki dające razem 50gr. czyli niewiele mniej niż połowa pełnowymiarowego opakowania. Jest to zwykła zakręcana tubka- nie mam nic do zarzucenia.

Maseczka pachnie tak jak wszystkie produkty AHAVY, morzem. Co oczywiście patrząc na skład w którym nie doświadczymy składnika nazwą 'fragrance' jest oczywiste. Zapach jest przyjemny, kojarzy mi się z wakacjami.

Konsystencja jest bardzo treściwa, gęsta, takie typowe błotko. Czyni to maskę bardzo wydajną. Kolor jak na zdjęciu :) 

No i to co interesuje nas najbardziej, czyli...

Działanie:

Maseczka na prawdę działa! I to nie byle jak. Ale po kolei. Producent zaleca nakładać ją na 2 minuty a potem spłukać. Tak też robiłam. Maseczka nałożona cieńszą warstwą zasycha na skórze, grubsza warstwa nie. Możemy odczuwać delikatne szczypanie w delikatnych okolicach oczu czy ust, dlatego bardzo dokładnie omijałam te miejsca. Po spłukaniu twarz jest trochę ściągnięta, dlatego warto po niej zastosować jeszcze jakiś dodatkowy krem, jednakże jeżeli stosujemy się do zaleceń i trzymamy dokładnie tak długo jak poleca producent twarz będzie napięta, w tym przyjemnym sensie. Co więcej, cera jest wyraźnie zmatowiona, pory zamknięte, zaskórniaków jest mniej, przebarwienia i blizny potrądzikowe są mniej widoczne. I co ważne efekt nie utrzymuję się przez chwilę, a długo. Następnego dnia rano, cera jest tak samo jasna i matowa jak zaraz po zmyciu maseczki. Zaskórniaki i inni wrogowie znikają na dobre- oczywiście do czasu aż nic nas nie pozapycha!
Jednym słowem polecam, jeśli tylko macie dostęp do tych kosmetyków. Niestety cena w PL jest zabójcza, bo ok. 120zł za 120gr, ale za granicą można dostać sporo taniej. 

sobota, 13 października 2012

Moja kolekcja... szminek :)

Była już kolekcja lakierów, która ciągle się rozrasta, i czas chyba zrobić lakierowy update. Dzisiaj za to kolekcja szminek, która jest bardzo, ale to bardzo niewielka, więc i wpis będzie króciutki (mam nadzieję!) Muszę wam przyznać, że do niedawna byłam absolutną szminkową ignorantką. Nie miałam żadnej (!) szminki, kilka naturalnych błyszczyków, których i tak nie używałam za dużo, mój makijaż dzienny składał się z makijażu oczu i pociągnięcia ust balsamem. Teraz proporcje się zmieniły, błyszczyków nie używam już prawie wcale, a na nowe szminki mam coraz to większy apetyt! Niestety jestem bardzo wybredna, moja szminka nie może się rzucać za bardzo w oczy, a jednocześnie chciałabym, żeby ożywiała makijaż, który wtedy składa się tylko z wytuszowanych rzęs i właśnie owej szminki. Z drugiej strony nie każda szminka pasuje do mojej karnacji i urody. Czerwieni na ustach się trochę boję, nie udało mi się znaleźć jeszcze idealnego nudziaka, a w zasadzie udało, ale w sklepie był tylko tester (mowa no nude z limitki essence wild craft- jest absolutnie piękna!). Akurat tak się złożyło, że mam same róże.

Tyle słowem wstępu, bo mi się zaraz znów tasiemiec z posta zrobi :)


Czekacie na więcej...? Niestety to wszystko, cała moja kolekcja to dosłownie 3 szminki. Ale nie liczy się ilość... tylko jakość!

Wszystkie są różowe, w raczej intensywnych odcieniach.

Zacznę od pomadki, która jako pierwsza skradła moje serce i to dzięki niej pokochałam różowe szminki na swoich ustach.


Zachęcona recenzjami w blogosferze zaczęłam poszukiwania Celi nude, niestety nie udało mi się jej dorwać, ale w mojej kosmetyczne skończyła Pomadka Kolagenowa Celia, z której jestem bardzo zadowolona. Mój numer to 111. W pomadce zatopione jest mnóstwo delikatnych brokatowych drobinek, ale na ustach nie są one nachalne. Pomadka jest półtransparentna, także bez problemu możemy się nią pomalować nawet bez lusterka. Nie wysusza ust, powiedziałabym nawet, że je pielęgnuje. Za 10zł dostajemy pomadkę na prawdę wartą uwagi!


Kolejną moją pomadką, której jakiś czas nie używałam, jest szminka od Heleny Rubinstein, niestety nie wiem która konkretnie, ponieważ jest to prezent od Mamy, w każdym razie numer 59. Kiedy malujemy się sztyftem daje nam efekt dość mocnej fuksji, która niestety nieestetycznie się ściera i zbiera w załamaniach. Najlepiej podoba mi się wklepywana palcem, efekt jest wtedy bardziej naturalny, i trwałość pomadki też jest wtedy lepsza. Ładnie rozświetla usta.


I mój najświeższy nabytek, szminka z najnowszej limitki Catrice, Hollywood's Fabulous 40ties w odcieniu C02, Holly Rose Wood. W porównaniu do poprzedniczek pomadka jest dość mocno kryjąca i nie ma żadnych drobinek. Trudno opisać mi jej wykończenie, bo nie jest tak do końca matowe, ale w kierunku matu idące na pewno. Jeżeli zastanawiacie się nad pomadkami z tej limitki to nie bójcie się. Ta nie wysusza ust, jej trwałość jest porażająca. 'Wgryza' się w usta. Niestety podkreśla też trochę suche skórki. 

I zdjęcie rodzinne :)
I swache:



W różnym oświetleniu, mniej lub bardziej udane, pierwszy lepiej oddaje kolory- niestety jest nie ostry, natomiast na drugim widać obecność lub brak drobinek. Od góry:

  • Celia 111
  • HR 59
  • Catrice C02






Któraś szczególnie przypadła wam do gustu?

PS. musicie wybaczyć mi brak zdjęć na ustach, ale to przerosło moje umiejętności :(