niedziela, 30 czerwca 2013

Szybki post organizacyjny, po raz kolejny Bloglovin'

Kochani!

Jak pewnie wiecie, mają zniknąć obserwatorzy bloggera. W związku z tym na moim blogu, na pasku z prawej strony, powstał nowy gadżet. Jeśli dalej chcecie być na bieżąco z moimi postami serdecznie zapraszam Was do obserwowania bloga przez Bloglovin'.

Jeśli jeszcze nie macie konta, możecie je założyć bezpłatnie, a następnie przenieść całą listę czytelniczą z aplikacji Google Reader.


... czas na rewolucję w Blogosferze.

Bielenda, emulsja do mycia twarzy, do suchej skóry.

Cześć Dziewczyny!

Wiem, że czekacie na tą recenzję, wiem, że o nią prosiłyście. Również wiem, że długo z nią zwlekałam. Myślę jednak, że warto chwilę poczekać by potem móc przeczytać przemyślany i bardzo skrupulatny opis produktu. Z delikatną, kremową emulsją do mycia twarzy od Bielendy było mi wyjątkowo trudno, ponieważ rzadko używam tego typu produktów, jestem w tym nieregularna i wole inne metody oczyszczania twarzy. Sporo z Was używa wszelakich żelów i emulsji myjących, więc postaram się odpowiedzieć, czy recenzowana dzisiaj jest tak delikatna jak obiecuje producent i czy nadaje się dla typowych sucholców.

Bielenda, delikatna kremowa emulsja do mycia twarzy.

Obietnice producenta:

Delikatna emulsja o kremowej konsystencji i wyjątkowo skutecznym działaniu to łagodny kosmetyk do mycia twarzy dla cery suchej i wrażliwej, która źle toleruje mydło.
Nie zawiera sztucznych barwników i SLES-u.
Oczyszcza i odświeża skórę nie powodując podrażnień, usuwa makijaż i inne zabrudzenia. Dzięki zawartości mleczka bawełnianego, alantoiny oraz kwasu hialuronowego nawilża skórę, koi, łagodzi podrażnienia. Pozwala uniknąć przesuszenia skóry już podczas demakijażu.
Idealnie czysta, nawilżona, ukojona skóra. Podrażnienia zredukowane, uczucie pieczenia, ściągnięcia i dyskomfortu skóry zlikwidowane.

cena: 11zł/150ml

Skład:

Aqua - Woda
Sodium Cocoyl Alaninate - surfaktant anionowy, czyli z tej najsilniejszej grupy, ale on jest jednym z tych najłagodniejszych wchodzących w jej skład. 
Kaolin (White Clay) - Glinka kaolin, oczyszcza, wygładza twarz
Acrylates Copolymer - tworzy film przez co zmiękcza, wygładza i nawilża, ma wpływ na konsystencję emulsji, jest stabilizatorem
Coco Glucoside - surfaktant niejonowy, czyli jeszcze słabszy od betainy kokamidopropylowej, substancja powierzchniowo czynna(detergent), myje
Glycerin - Gliceryna, nawilża, ale może zapychać
Cocamidopropyl Betaine - substancja powierzchniowo czynna, spieniająca, surfaktant łagodniejszy od slsu, bo amfoteryczny
Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Extract - ekstrakt z bawełny
Sodium Hyaluronate - Kwas hialuronowy, nawilża, ale nie wnika w głębokie partie skóry
Allantoin - Alantoina, regeneruje, koi, wspomaga proces gojenia, łagodzi, wygładza, nawilża
Pantehenol - Pantenol, witamina B5, nawilża, odzywia, wygładza
Propylene Glycol - Glikol Propylenowy, humektant, ale może podrażniać
Styrene\\Acrylates Copolymer - nawilża poprzez tworzenie na skórze filmu, wpływa na konsystencję kosmetyku
Disodium EDTA - substancja mająca zapobiegać powstawaniu takiego osadu z rtwardej wody na skórze czy włosach, nie wiadomo jednak czy rzeczywiści ecoś działa w tak małej ilości
Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone - konserwanty
Parfum - zapach
Benzyl Salicylate - substancja zapachowa
Butylphenyl Methylpropional - substancja zapachowa

źródło: KWC

Moja opinia:

Zacznę tradycyjnie od konsystencji, która jest typowa dla emulsji, dość rzadka, rozlewa się na dłoni, ale nie spływa z niej. Produkt jest bardzo wydajny, wystarcza go na prawdę niewiele by umyć całą buzię. Delikatnie się pieni, w zasadzie nie nazwałabym tego pianą, po kontakcie z wodą powstaje taka kremowa emulsja właśnie.

Zapach jest bardzo chemiczny, nieco drażniący, nie przypomina zupełnie woni bawełny, która powinna być delikatna. Mimo wszystko nie przeszkadza mi tak jak spodziewałam się na początku, po krótkim używaniu przestałam go po prostu zauważać.

Przyczepić się natomiast można od opakowania, jest wygodne, łatwo wydobyć z niego odpowiednią ilość produktu, jednak jest bardzo niehigieniczne. Ogromna ilość emulsji  wycieka, zostaje i zasycha na wieczku. Bardzo, ale to bardzo tego nie lubię.

Producent najpierw pisze, że jest to produkt do mycia twarzy, a następnie zaznacza, że zmywa makijaż i inne zabrudzenia. Ja zwykle używałam tej emulsji już po wstępnym demakijażu micelem.

Zacznę może od tego jak sprawdził się przy próbie demakijażu. Jak wiecie zamiast podkładu używam azjatyckich kremów BB, niestety ale produkt nie radzi sobie ze zmyciem Bejbika. Mam wrażenie, że twarz jest niedoczyszczona, podobnie jest jeśli chodzi o zmycie maskary czy eyelinera, po prostu go nie domywa, a ja nie chciałabym nie wiadomo jak mocno szorować twarzy.

Bardzo dobrze jednak sprawdza się do samego mycia twarzy z pomocą gąbeczki (np. słynnych gąbeczek z Rossmanna!). Muszę zaznaczyć, że jest to pierwszy żel do mycia twarzy, który nie pozostawił u mnie uczucia ściągnięcia i przesuszenia, nawet przy peelingu gąbeczką! Jeśli chodzi o nawilżenie (a dokładniej brak wysuszenia) i właściwości kojące to obietnice producenta są całkowicie spełnione!

Produkt polecam, szczególnie dziewczynom z suchą cerą. Sama chętnie sięgnę po niego ponownie, ale przy moim bardzo ograniczonym użytkowaniu nie wiem kiedy skończę obecną tubkę

Zachęcilam was do zakupu? Lubicie produkty Bielendy?

środa, 26 czerwca 2013

Moja kolekcja lakierów #2 + linki do recenzji!

Cześć Dziewczyny!

Dość dawno temu pojawił się na blogu post prezentujący moje wszystkie zbiory lakierowe. Nie można nazwać mnie lakieromaniaczką mam zaledwie 26 buteleczek licząć i topcoaty i bazy. Staram się sukcesywnie pozbywać tych, które nie nadają się już do użytku. Większość moich lakierów jest nisko- średnio półkowa, więc nie jest szkoda mi wyrzucić prawie pełną buteleczkę zeschniętego lakieru. Z drugiej strony często uzupełniam swoje zbiory.

Wszystko to prowadzi do dość częstej roszady w moim lakierowym pudełeczku, od opublikowania pierwszego postu tego typu wymieniłam dużą część buteleczek.

TUTAJ możecie zobaczyć jak kolekcja prezentowała się przed rokiem. Jak zobaczyłam, że przybyło mi równo(!) 10 lakierów, troszeczkę się przeraziłam!

Zapraszam do przeglądu!

Czerwienie i róże: 

Brązy, beże, nude

Zielenie, niebieskości, fiolety

Reszta

Przy nazwie każdego zeswachowanego lakieru macie odnośnik do jego recenzji.

Napiszcze, który z tych jeszcze nie opisanych prze ze mnie chciałybyście zobaczyć na blogu najszybciej?

Mam wśród swoich czytelniczek lakieromaniaczki? Pochwalcie się koniecznie wielkością swojej kolekcji!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Miętowy sorbet od Sally Hansen

Cześć!

Dzisiaj mam dla Was szybki post przedstawiający jeden z lakierów od Sally Hansen. Weszłam w jego posiadanie w wyniku promocji w Rossmannie, ponieważ ich katalogowa cena jest dość wysoka. Można jednak dostać te lakiery w sporo taniej na przykład na Allegro. Czy warto bawić się w ich zamawianie? A może warto zapłacić za nie cenę katalogową? Oceńcie same!


Kolor po który sięgnęłam ma numerek 340, Mint Sorbet, bo od dawna miałam ochotę na delikatny miętowy lakier do paznokci. Kolor jest na prawdę piękny, bardzo letni, dokładnie taki jak w buteleczce i dokładnie taki jaki chciałam. Co do samej aplikacji, lakier ma bardzo cienki pędzelek, ja nie jestem zwolenniczką takich. Dość lejąca konsystencja również nie należī do moich ulubionych, może się rozlewać po skórkach, ale przy odrobinie skupienia nie stwarza większych problemów. Sorbet zapewnia pełnie krycie po dwóch warstwach, nie smuży, ekspresowo wysycha. Ma wykończenie kremowe i ładnie błyszczy nawet bez topu.

Podsumowując na prawdę jestem zadowolona z zakupu, jednak uważam, że nie jest wart swojej ceny z półki. Może przy okazji promocji skuszę się też na inne odcienie.


Jak wam się podoba? Sięgacie po lakiery Sally Hansen?


niedziela, 23 czerwca 2013

Zakręcone? Podkręcone? - MaxFactor 2000 calorie

Cześć Kochane!

Dzisiaj przychodzę do was z szybką recenzją stosunkowo nowej maskary od MaxFactor, jest to podkręcająca wersja kultowej dość - i jednej z moich ulubionych - maskar tejże firmy. Mowa oczywiście o 2000 calorie. Czy podkręcająca rzęsy wersja sprosta dość wysoko zawieszonej poprzeczce? Czy okaże się lepsza od klasycznej? Jeżeli jesteście ciekawe odpowiedzi na te pytania zapraszam do dalszej części recencji!

Max Factor, 2000 Calorie Curved Brush

Obietnice producenta:

2000 Calorie w nowej wersji ze szczoteczką w kształcie łuku, która pozwala lepiej wymodelować rzęsy. 2000 Calorie Curved Brush to tusz intensywnie pogrubiający i zagęszczający rzęsy, a dzięki nowej szczoteczce umożliwia dodatkowo efekt zalotnego podkręcenia. 
Polimery zmiękczają, uelastyczniają i modelują rzęsy Naturalne woski wzmacniają i uzupełniają uszkodzoną strukturę rzęs. Ponadto charakteryzują się dużą odpornością na wysokie temperatury i wilgotne powietrze, dzięki czemu makijaż rzęs jest odporny na ścieranie i nie rozmazuje się. Hipoalergiczny. 

Cena : 36,90zł/ 9ml

Moja opinia:

Co do opakowania maskar - nie ma co się rozwodzić, jest zachowane w stylu Max Factora, czarne klasyczne. Po prostu ładne, nie mam mu nic do zarzucenia

Szczoteczka dość duża, wygięta w łuk, niestety nabiera zdecydowanie zbyt dużo tuszu, wydaje mi się, że to z powodu zbyt dużego otworu w szyjce opakowania. Dość wygodnie maluje się nią górne rzęsy, ma do tego idealny kształt, niestety malowanie dolnych rzęs bez upaćkania się tuszem graniczy z cudem.

po lewej rzęsy bez maskary
po prawej Max Factor 2000 calorie

Pierwsza i chyba najważniejsza obietnica producenta jest jak najbardziej spełniona - maskara bardzo dobrze i efektownie podkręca. Po za tym pogrubia i wydłuża rzęsy i ma kolor pięknej, intensywnej czerni. Wytrzymuje na oczach cały dzień, nie kruszy się, nie odbija. Nie jest to tusz wodoodporny, ale ma na prawdę przyzwoitą trwałość. Demakijażowi poddaje się bez większych problemów. Tylu plusów się doszukałam. Maskara pozostawia wiele grudek, które na prawdę ciężko jest wyczesać, po za tym skleja rzęsy. Pomalowanie nią oczu wymaga trochę czasu i machania szczoteczką, co jeszcze bardziej utrudnia fakt, że pozostaje na niej zbyt dużo tuszu!

Nie wiem czy to wina formuły maskary, czy też szczoteczki. Ba, wydaje mi się, że wszystkie wady można zwalić na otwór opakowania, który niedostatecznie zatrzymuje tusz w środku.

Sama szczoteczka jest bardzo wygodnie wyprofilowana i za jej pomocą można bardzo efektownie podkręcić rzęsy, sama maskara nie jest ani zbyt mokra ani zbyt sucha.

Podsumowując, króciutko, zdecydowanie bardziej pasuje mi wersja klasyczna, aczkolwiek podkręcenie jakie daje Max Factor 2000 calorie Cureved Brush jest na prawdę zdumiewające.


Używałyście tej wersji maskary 2000 Calorie? Jakiej firmy tusze lubicie najbardziej? 

 Dla porównania:
PAESE, SupraLash
Manhattan, Go4Big

czwartek, 20 czerwca 2013

Moje włosy w ostatnim czasie, czyli szybki post organizacyjny.

Cześć Dziewczyny!

Jako, że dawno mnie nie było, pewnie zastanawiacie się jak trzymają się moje włosy. Mimo przerwy w blogowaniu rasową włosomaniaczką jestem dalej, (nie)stety to nie przechodzi z dnia na dzień ;)

Mimo wszystko starałam się cyknąć parę włosowych fotek, bo wiedziałam, że prędzej czy później wam je pokażę, tak więc z grubsza prezentują się aktualnie moje makaroniki :)

Powyżej chyba najlepszy ich stan ostatnio jaki udało mi się uzyskać.

Tutaj włosiska zdecydowanie przekarmione, ale mimo wszystko nie najgorzej wyglądające, jeszcze wilgotne

Na ostatnim zdjęciu dokładnie, kilkukrotnie oczyszczone sls'em, bardzo lekkie, ale generalnie cały czas wyglądające przyzwoicie.

Ja jestem nieustannie zadowolona ze stanu moich włosów. Prezentują się na prawdę przyzwoicie, żałuję tylko, że tak szybko wysuszają mi się i niszczą końce, niezależnie od ilości używanych silikonów czy olei.

Co teraz głównie używam?

  1. Myję szamponem BabyDream
  2. Oczyszczam Brawą żurawinową
  3. Olej najczęściej na noc, na suche włosy Oliwka BabyDream fur mama
  4. Odżywki to głownie: ziołowy balsam Babuszki Agafiiodżywka bananowa TBS
  5. "Maskuję" na zmianę Kamille Wax, oraz Rueber, Innouative, Nutrient-Mask 
  6. Jako odżywka b/s króluje serum ziołowo - witaminowe Radical
  7. Do zabezpieczania końcówek niestrudzony jedwab Marion
Moja pielęgnacja bardzo się uprościła, postawiłam teraz na intensywne denkowanie, bo zbyt dużo mam rozpoczętych opakowań jak i włosowych zapasów w szafce, trzeba z tym w końcu zrobić porządek.

A Wy stawiacie na minimalizm, czy jednak bogatą, zróżnicowaną pielęgnacje?

Chciałam Wam też pokazać moje nowe cacko. Albo w zasadzie nową dziurkę, jakkolwiek to brzmi :D

W moim uchu mieszka sobie od niedawna tragus. Jestem bardzo, bardzo zadowolona, w zasadzie już myślę o kolejnych kolczykach, ale pewnie jak pan ze zdjęcia będą równie skrupulatnie przemyślane, ale może nie przez ponad rok ;)

Jestem bardzo ciekawa Waszego podejścia do piercingu i tatuaży? Same coś macie?

wtorek, 18 czerwca 2013

Znów mnie nie było... i (mini)HAUL

Cześć Dziewczyny!

Znów mnie nie było strasznie długo, znów obiecywałam, że wracam na dobre, znów złamałam obietnicę.

Przepraszam, jest mi strasznie głupio, bo nie lubię się nie wywiązywać ze swoich obietnic, ale już wam się szybciutko tłumaczę.

Na początku w blogowaniu przeszkodził mi wyjazd. Zwiedziłam Wiedeń, Pragę i Bratysławę. Wszystkie miasta absolutnie przepiękne, tak od siebie różne a jednak podobne. Jednak każde w zupełnie innym klimacie. Do wszystkich tych miast chciałabym się udać jeszcze raz, bo na prawdę warto i uważam, że tydzień na objechanie wszystkich trzech to zdecydowanie za mało.
Arivle w Wiedniu

Później w moim życiu miało miejsce nieco zawirowań osobisto - uczuciowych, nie mam co się nad nimi rozwodzić, ale nie powiem, wpłynęło to także na moją chęć do czegokolwiek- również pisania na blogu.

Trzeci aspekt- zaczął się sezon. Starty po startach. Ostatnimi czasy jeździliśmy z końmi praktycznie co weekend, a to zmniejszyło ilość mojego wolnego czasu praktycznie do zera. Ale nie będę taka goło słowna, pochwalę się nawet zdjęciem z jednych zawodów!


No i ostatni punkt moich tłumaczeń, miałam zwyczajnie potwornie dużo nauki. Na tyle dużo, że nie miałam czasu nawet spać. Siadałam do książek około godziny 19.00 zaraz po powrocie do domu i potrafiłam siedzieć tak do wyjścia mniej więcej o 7.00. Na szczęście już wszystko za mną, wszystko zaliczone :)


Tyle co do mojego tłumaczenia się, czas na HAUL

W ramach poprawy nastroju kupiłam sobie dosłownie kilka drobiazgów, co dziwne nie ma aktualnie żadnych kosmetyków, na widok których zaświeciły mi się oczy i obok których nie mogłabym przejść obojętnie.

  1. Eyeliner Maybelline- dużo o nim słyszałam, na razie mam przeczucie, że będę zadowolona.
  2. Lakier do paznokci Sally Hansen- był na przecenie, piękny kolor, ale konsystencja i pędzelek w ogóle mi nie leżą :(
  3. Lakier do paznokci Loreal- jak wyżej, przecena. Jeszcze zupełnie nic o nim nie wiem, ale kolor śliczny!
  4. Tonik aloesowy Ziaja- nie wiem które to już opakowanie, ale bardzo dobrze spełnia swoją funkcję :)
Uff, to by było na tyle. W każdym razie do szybkiego napisania! :)


poniedziałek, 3 czerwca 2013

Krótka rozprawa o tym, jak bardzo każda z nas jest inna, według Babuszki Agafii

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj mam dla Was recenzję pewnej odżywki, ale za nim przejdę do sedna chciałabym napisać parę zdań wstępu. Często kończę recenzję słowami, produkt u mnie (nie) sprawdził się, ale to nie oznacza, że Wy nie możecie spróbować. Nie potrafię polecić każdej z Was odpowiednich kosmetyków, a ta recenzja będzie na to dowodem! Pisząc od siebie mogę tylko stwierdzić co przyniosło pożądane efekty u MNIE, mogę przewidzieć jak zachowają się włosy podobne do moich po użyciu konkretnej odżywki. Ale w gruncie rzeczy jest to zgadywanka. To MY mamy znać najlepiej potrzeby własnego ciała, recenzją można się zasugerować, nie polecam jednak wierzyć im w 100%.

Jak już wspomniałam najlepszym na to przykładem jest przypadek odżywki do włosów ze stajni Babuszki Agafii, którą chciałabym wam dzisiaj przedstawić. TAK opisała ją Marie na swoim blogu (serdecznie zapraszam do przeczytania wpisu, bo będę się nim dzisiaj posiłkować!). Co więcej ową odżywkę dostałam w ramach wianki z powyższą blogerką! Obie używałyśmy dokładnie tej samej buteleczki, a moje zdanie jest zgoła inne.

Balsam ziołowy specjalny do każdego rodzaju włosów; przepisy Babci Agafii

Obietnice producenta:

Specjalny balsam ziołowy Agafii przeciwko wypadaniu i łamliwości włosów, oparty na wodzie strukturyzowanej, wyciągu z 17 syberyjskich ziół, czerwonego jałowca i tarczycy bajkalskiej, z dodatkiem mumio. Delikatnie pielęgnuje, wzmacnia i odżywia włosy, regeneruje i stymuluje wzrost.
Nie zawiera SLS, parabenów, silikonów, PEG i produktów ropopochodnych. 
Efekt: zdrowe, silne, intensywnie odżywione i nawilżone włosy. 
Nanieść i równomiernie rozprowadzić na świeżo umyte włosy. Pozostawić na 1 - 2 minuty, następnie spłukać. 

Skład:

Aqua Nivalis, Siberian Water Complex (wyciąg z 17 syberyjskich ziół), Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Juniperus Communis Fruit Extract, Montan Wax, Scutellaria Baicalensis roqt Extract, Panthenol, Guar Gum, Citric Acid, Parfum, Kathon.
Siberian Water Complex - Rhododendron Dauricum, Inula Helenium, Atragene Sibirica, Helichrysum Arenarium, Solidago Dahurica, Erodium Cicitarium, Pedicularis Uralensis, Rubus Saxatillis, Urtica Dioica, Saponaria Officinalis, Chamomilla Recutita, Silene Jenisseensis, Rhodiola Rosea, Artemisia Mongolica, Scutellaria Baicalensis, Polygonatum Odoratum, Lamium Album.

Jak widać niemalże cały skład zaznaczony na zielono, przepiękny, nie mam się do czego przyczepić. Szereg drogocennych składników. Balsam jest mocno ziołowy, więc może wysuszać włosy nie przepadające za tak dużą ich dawką.

Moja opinia:

Zacznę tradycyjnie od opakowania, oczywiście jest to rzecz bardzo względna, ale mnie szata graficzna bardzo przypadła do gustu. Kosmetyk na pierwszy rzut oka kojarzy się z czymś naturalnym. Niestety zaraz za pięknym wyglądem idzie ogromna niepraktyczność, ponieważ butelka nie ma żadnego dozownika, ogromny otwór przez który nie da się w żaden sposób dozować odżywki. 

Zarówno kolor i zapach są dość specyficzne. Balsam jest w kolorze jasnego, przybrudzonego różu. Nie powiem, przyjemnie się na niego patrzy. Zapach jest świeży, przyjemny. Trochę leśny, trochę kwiatowy i trochę ziołowy. W żaden sposób nie nachalny, nie pozostaje na włosach. 

Poprzednie aspekty to rzecz gustu, jednym będą pasować, innym mniej. Bardzo chciałam odnaleźć tyle minusów w jej działaniu co Marie, więc przetestowałam odżywkę na każdy możliwy sposób. Nakładałam na skalp i włosy na 30 minut przed myciem, na 30, 15 i 5 minut po myciu. Pominęłam też raz zupełnie odżywkę b/s, co mi się NIGDY nie zdarza. Niestety balsam za każdym razem sprawdził się na moich włosach równie dobrze ;) . Loki były mięsiste, nawilżone, ale nie przewilżone, a jednocześnie odbite od nasady i lekkie.  Dla mnie idealne. Niestety nie daje rady uratować włosów po zbyt dużym nawilżeniu, albo przeproteinowaniu, ale jako odżywka na co dzień sprawdza się znakomicie. Najlepszy efekt daje nałożona od ucha w dół po myciu na min. 15 minut.

Niestety nie mogę się określić co do obietnic producenta. Zbyt rzadko nakładam ją na skalp przed myciem, by móc ocenić jej wpływ na wypadanie włosów. Jeśli chodzi o poprawę kondycji włosów, jest to raczej długofalowe, a też nie bardzo chce mi się wierzyć w taką funkcję samej odżywki.

Nie mniej, jest to pierwszy rosyjski kosmetyk jaki zagościł na mojej głowie, ale na pewno nie ostatni. Czuję się kompletnie oczarowana!

Jestem ciekawa waszego zdania, znacie ten balsam? Kochacie go czy nienawidzicie? Sięgacie w ogóle po rosyjskie kosmetyki?

sobota, 1 czerwca 2013

České nákupy, czyli HAUL!

Cześć dziewczyny!

Nie dało się nie zauważyć mojej tygodniowej nieobecności (kolejnej). Jak wiecie mam już w zasadzie wakacje, co objawia się zwykle sporą ilością wyjazdów. Tym razem odwiedziłam Bratysławę, Wiedeń i Pragę. Piękne miejsca do których chciałabym się udać na pewno jeszcze raz! 

We wszystkich tych miastach znajduję się drogeria DM, więc kim bym była, nie kupując niczego? 

Zanim jednak DM, pamiętacie zniżkę 40% w Rossmannie? Tutaj też zaopatrzyłam się w parę najpotrzebniejszych rzeczy!
  1. MaxFactor 2000 calories - tusz w wersji podkręcającej. Używam go już jakiś czas i muszę powiedzieć, że jest niezły, jednak wolę jego klasyczną wersję. Wszystko dokładnie opowiem Wam w szczegółowej recenzji.
  2. Orginal Cource british strawberry - na swoje usprawiedliwienie mam to, że był w promocji! Piękny zapach!
  3. Maybelline colorama - lakier pokazywałam wam już TUTAJ, więc po co się powtarzać?
  4. Rimmel Soft Kohl - moja ulubiona czarna kredka do oczu, poprzednia jest już na wykończeniu. Już drugi raz sięgam po tą samą, a to chyba coś oznacza?
  5. Maybelline, color tattoo, On and on Bronze - kultowe cienie w kremie, dłuższy czas zastanawiałam się nad kupnem przynajmniej jednego, ale zawsze były ważniejsze wydatki. Teraz w końcu zdecydowałam się za naście złotych i nie żałuję! Strasznie fajny produkt.
Czas na deser, czyli łupy z DM:
Powiem szczerze, że po wejściu do tego sklepy dostałam oczopląsu i nie wiedziałam w którą stronę się udać! Jako rasowa włosomaniaczka, w tej sytuacji, zgarnęłam tylko produkty do włosów i pognałam do kasy. Jestem przekonana, że w innym wypadku zostawiłabym w drogerii dużo więcej pieniędzy.


  1. Alverde, olejek z kwiatem arniki - wybrany oczywiście do włosów z racji jego składu. Jestem bardzo, bardzo ciekawa jak się sprawdzi zarówno na włosach jak i na twarzy!
  2. Balea, nawilżająca odżywka 'morela & mleko' - prosty, króciutki skład. Myślę, że bardzo dobrze nada się do wzbogacania, albo do szybkiego nałożenia po myciu. Jak wyżej, jestem jej bardzo ciekawa
  3. Alverde, odżywka do włosów suchych i zniszczonych z aloesem i hibiskusem - jest o niej w internecie bardzo dużo pozytywnych opinii i większość włosomaniaczek ją chwali. Zobaczymy, czy było warto!
  4. Balea Professional, odżywka do włosów zniszczonych - wzięłam ze względy na olejek argonowy w składzie, oraz przepyszny czekoladowy zapach!
Niniejszym ogłaszam KONIEC ZAKUPÓW WŁOSOWYCH DOPÓKI NIE WYKORZYSTAM PRZYNAJMNIEJ CZĘŚCI ZAPASÓW!

Zastanawiam się, którego z kosmetyków Wy jesteście najbardziej ciekawe?